Żeglowanie z dziećmi na Mazurach

Męski, późnojesienny rejs z ośmiolatkiem po Wielkich Jeziorach Mazurskich? Da się. Byle nie zabrakło strzał do łuku i gier planszowych. Oto relacja oczami ośmiolatka i jego taty – to podpowiedź na co zwrócić uwagę żeglując z dziećmi.
Relacjonują Filip (lat 8) i tata Filipa – Tomasz (37).

Żeglowanie z dziećmi – dzień pierwszy

Tomek
Sama jazda samochodem może być niezłą przygodą. Wypłynąć mieliśmy w piątek rano, ale rejs wołał nas już od poniedziałku i kiedy nastał czwartek po pracy/szkole nie wytrzymaliśmy, albo może jak się okazało, nie wytrzymałem 🙂 . Zapakowaliśmy samochód i wyruszyliśmy koło godz. 17. Było już ciemno i podróż różniła się bardzo od tych, jakie zwykle wykonywaliśmy by dotrzeć na wiosenne i letnie rejsy. Fajnie było jechać razem przez ciemną Warmię, a potem Mazury. Postój na stacji benzynowej i takie tam. Rozmowy o „męskich sprawach”. Był to jednak nasz pierwszy męski rejs… i to jeszcze naprawdę późną jesienią, bo w grudniu. W rozmowy wkradł się niewielki niepokój.
Filip
Jechaliśmy na Mazury na rejs. Było trochę późno. Nie mogłem się doczekać aż dojedziemy, ale było mi żal trochę dziewczyn (mamy i siostry), które zostały w domu. Po drodze liczyłem słupki przy drodze i byliśmy na hot dogach na stacji. No i tata znowu nie wygrał miliona w totolotka.żeglowanie z dziećmi Jezioro Nidzkie
Tomek
Gdy dojechaliśmy na miejsce, bramy Portu u Faryja były już zamknięte, na szczęście furtka nie. Wzięliśmy pierwszy ładunek rzeczy z samochodu i powędrowaliśmy do portu. Kilka latarni oświetlało całkowicie pusty port (nie licząc dużych statków pasażerskich) i przy jednej z kei przycumowana longsajdem stała Antila 27 Papaja. Był to tak nierealny widok, że nawet mnie wcięło na chwilę. Zażartowałem „Jak my znajdziemy łódkę w takim tłoku”, Filip na to odpowiedział zdawkowo „Jest tylko jedna?”. Najwyraźniej żartu nie wyczuł, a w głosie było słychać niepewność. To nie brzmiało za dobrze… było zimno i ciemno, a musieliśmy przed sobą jeszcze ze dwa kursy z bambetlami z samochodu.
Postanowiłem przyspieszyć akcję i nieco zmienić temat. Zaczęliśmy rozmawiać o tym co będziemy robili jak już zapakujemy się na łódkę. Gdy już to zrobiliśmy, poszliśmy odstawić samochód pod restaurację. Gdy prawie doszliśmy już do jachtu, usłyszałem ciężkie oddechy ze strony wczepionego w moją rękę Filipa. Wręcz mogę powiedzieć, że poczułem jego smutek który wylewał się z każdym oddechem. Gdzie jest cymbergaj, gdzie lody i słońce, gdzie Mama i Julka i o co chodzi z tymi męskimi rejsami? Zagadnąłem czy mogę mu w czymś pomóc i w ledwie oświetlonej uliczce za restauracją Kapiodoro odbyliśmy pierwszą ciężką męską rozmowę tego rejsu.
Filip
Gdy dojechaliśmy nasza łódź stała sama w przystani. Było mi zimno i trochę bałem się, że wpadnę do wody bo pomost był mokry i śliski. Było mi trochę przykro, ale tata mnie pocieszył i szybko mi przeszło. Nawet chwilkę popłakałem. Ale krótką. Zjedliśmy kolację – zupkę chińską – poczytaliśmy Percy’ego Jacksona i poszliśmy spać. żeglowanie z dziećmi Jezioro Nidzkie

Żeglowanie z dziećmi – dzień drugi

Tomek
Trzecia rano. Obudziło mnie zimno. Okazało się, że ogrzewanie umarło. Próbowałem to przespać. Założyłem zapasowy śpiwór na nas obu i przykryłem nas z głowami. Ale stres mnie zżarł. Już widziałem oczyma duszy jak przywożę z rejsu chorego na zapalenie płuc Filipa… Po kilku godzinach i kilku różnych akcjach udało mi się koło 6.30 uruchomić ogrzewanie. To był dobry początek. Mieliśmy ochotę na śniadanie w restauracji, ale po sezonie trudno jest znaleźć coś otwartego przed godz. 11. Więc śniadanie na łódce, klar i wypływamy. Zawsze na pokładzie był ktoś kto pomagał, albo nawet robił całą robotę. Teraz było inaczej. Ale nie chciałem robić wszystkiego sam, więc zacząłem wdrażać młodego w ciężki fach żeglarski. I po chwili już nam jakoś szło. Filip podawał wszystko o co go poprosiłem (czasami szybciej było by mi zrobić coś samemu, ale postanowiłem wybrać cięższą drogę), sterował, nawet na żaglach, zapinał lazy jacka, podawał cumy, chował i wyjmował obijacze itd. Wszystko co mógł zrobić, to robił. Choć niejednokrotnie tego dnia musieliśmy rozmawiać o łańcuchu dowodzenia na naszej jednostce 🙂 . Jezioro Nidzkie sprawnej załodze nie sprawia trudności, ale dochodzenie na żaglach z 8-latkiem to prawdziwe wyzwanie szczególnie, że wtopa liczy się podwójnie: grozi uszkodzeniem jachtu, ale można też uszkodzić coś znacznie ważniejszego… przepraszam armatorów za to stwierdzenie 🙂 . Na szczęście coś czuwało nade mną i leciutki wiatr z północy przy podchodzeniu do portu Pod Dębem w zasadzie załatwił sprawę. Wyszło wzorcowo. Stały cztery jachty żaglowe i dwa jachty motorowe, to był szok po tych pustych jeziorach dnia dzisiejszego. Port Pod Dębem jak zwykle nie zawiódł. Prąd na kei obecny, restauracja czynna. Pobraliśmy załoganta. I spędziliśmy przemiły wieczór. Siedząc sobie trochę na kei, trochę na jachcie i pod koniec w kabinie przysypiając z lekka.
Filip
Mój tata wstał o 4 rano poszedł raz po ropę ale stacja byłą zamknięta więc wrócił na łódź, potem poszedł jeszcze raz i tym razem stacja była otwarta, potem przestawił łódkę bo kabel był za krótki, a potem musiał iść do toalety.
Staliśmy tam jeszcze trochę i w końcu wypłynęliśmy. Wpłynęliśmy na Jezioro Nidzkie i rozłożyliśmy żagle ponieważ była tam strefa ciszy. Tata dał mi ster i zacząłem halsować między wyspami. Bardzo bałem się przepłynąć pod linią wysokiego napięcia, ale w końcu dałem tacie to zrobić. Zobaczyłem w oddali przystań Pod Dębem. Myślałem że tam się zatrzymamy… lecz nie, popłynęliśmy dalej. Zobaczyliśmy piękną sosnę zwieszającą się tuż nad taflą jeziora. Powoli zaczęliśmy zawracać. Płynęliśmy po Wojtka, który jest naszym znajomym i umówił się z nami na rejs. Dobiliśmy w porcie i podłączyliśmy naszą łódź do prądu. To był port Pod Dębem. W końcu wyszliśmy na porządny obiad. Właśnie tam spotkaliśmy Wojtka. Znowu czytaliśmy i poszliśmy spać. Żeglowanie z dziećmi Port pod Dębem

Żeglowanie z dziećmi – dzień trzeci

Tomek
Poranny klar, toaleta i śniadanie. Wypływamy. Nasz kompan Wojtek nie był na Jeziorze Nidzkim od wielu lat dlatego postanowiliśmy opłynąć kilka miejsc, które chciał zobaczyć. Filip speszył się trochę obecnością trzeciej osoby na pokładzie i nie był tak aktywny jak poprzedniego dnia. Halsowaliśmy się przez Nidzkie przy średnim wiaterku z krótkimi porywami. Oczywiście na jeziorze nikogo. Nawet wędkarze odpuścili sobie zagłębianie się tak daleko w strefę ciszy. Pływaliśmy już każdego miesiąca roku za wyjątkiem stycznia i lutego, ale takiej pustki, że przez cały rejs nie spotkaliśmy żadnego jachtu na żaglach, to nie mieliśmy nigdy. Wspaniałe Mazury.  Takie jakie widzieli nasi rodzice. Bez motorówek i skuterów.
Nagle płetwa sterowa wyskakuje w górę… „mielizna!” krzyczę. Wykonuję zwrot i widzę, że Wojtek nie wie o co chodzi. Widać, że przez ostatnie lata pływał po morzu. Spore zamieszania nikt nie wie co się dzieje , no może poza mną. Filip na wszelki wypadek siada przy kabinie i patrzy na nasze nieudolne manewry. Dzięki nim odeszliśmy, aż pod przeciwny brzeg i natknęliśmy się na dryfującą pupkę (takie narzędzie do kłusowania na ryby). Kolejna seria zwrotów i taniec z bosakiem pozwoliły nam wyłowić pupkę, tyle że zaczepiła się o płetwę sterową, co doprowadziło do przedłużenia się całej akcji wyłowienia jej. Po chwili problem płetwy rozwiązał się samoistnie gdyż ponownie wpadliśmy na mieloszkę. Tym razem sprawnie wykonaliśmy manewry i popłynęliśmy dalej w stronę Krzyży. Pupka wylądowała w śmieciach. Nawigowaliśmy sobie wzdłuż brzegów podziwiając krajobrazy i wspominając różne historie związane z naszymi przygodami na akwenie Jeziorze Nidzkie. Filip przysłuchiwał się szczególnie gdy opowiadałem jak byłem mały. Ten pełen wrażeń dzień zakończyliśmy na biwaku tradycyjną już na tym rejsie zupką chińską, tym razem romantycznie przy ognisku. Myślałem że padniemy od razu, ale udało nam się chwilę pograć w planszówki.
Filip
Wstaliśmy i zaczęliśmy przygotowywać się do wypłynięcia. Zjedliśmy śniadanie. Popłynęliśmy dalej na Nidzkie. Wieczorem dobiliśmy do biwaku i paliliśmy ognisko. Potem graliśmy na łódce w planszówki Carcassonne i Disc Wars. Zasnęliśmy po grze, chyba nic nawet nie przeczytaliśmy. Żeglowanie z dziećmi Jezioro Nidzkie

Żeglowanie z dziećmi – dzień czwarty

Tomek
Wcześnie poszliśmy spać i wcześnie wstaliśmy. Nie chcieliśmy lecieć na łeb na szyję do Rucianego, więc przy śniadaniu padł pomysł żeby pójść na spacer do Puszczy. Wzięliśmy łuki zabrane z domu i ruszyliśmy na „zwiad”. W międzyczasie okazało się, że Wojtek będzie zwierzyną. Ścigaliśmy go, ale był sprytniejszy i szybko nam uciekł. Więc polowaliśmy na różne mityczne i fantastyczne potwory z naszych książek i opowieści. Strasznie się umęczyliśmy, ale wróciliśmy szczęśliwi.
Wracając zebraliśmy trochę śmieci z okolic biwaku. Między innymi grilla który prześladuje nas przez niemalże wszystkie biwaki przez wszystkie rejsy. Zastanawiam się kiedy ludzie sobie uświadomią, że jest to śmieć i będą go wyrzucali zamiast zostawiać dla potomnych na biwakach.
Powrót był spokojny przy flautowatej i mżawkowatej pogodzie, ale dało to nam dużo czasu na rozmowy, kontemplację i zjedzenie paczki pistacji. Po dopłynięciu suszenie materacy (ciągle mieliśmy dużo ropy z pierwszego dnia, a w zasadzie nocy), pakowanie i klar. Podobno następnego dnia już łódka stała na lądzie.
Filip
Rano po śniadaniu poszliśmy do Puszczy Piskiej na polowanie na Demony i Wojtka. Mieliśmy łuki z rejsu wakacyjnego i było super, bo wchodziliśmy na drzewa, które trochę leżały, a trochę stały. Szukaliśmy też strzał, które zgubiłem. Potem wróciliśmy na łódkę i popłynęliśmy z powrotem. Nie bałem się już płynąć pod linią. Męskie rejsy są bardzo fajne, ale następny będzie razem z dziewczynami.
Tomek
Uznałbym, że gdzieś zawiodłem i że Filipowi się nie podobało, ale to chyba nie to. My po prostu bardzo kochamy nasze dziewczyny i już przyzwyczailiśmy się do rodzinnych rejsów. Ja bawiłem się świetnie, a co do Filipa to dowiem się, najpóźniej w przyszłym roku, gdy powie, że już nie chce płynąć na rejs 🙂 .

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX

Więcej w temacie żeglowanie z dziećmi na Mazurach.

Czarter jachtów idealnych do żeglugi z dziećmi!

żeglowanie z dziećmi - Jezioro Nidzkie

Zamknięcie sezonu 2017 – Mazury

To był rejs jak się patrzy. Przez trzy dni padało, wiało tak, że niektórzy z portów nie wychodzili, a na trzy godziny przed końcem wyszło… słońce. Akurat żeby się wysuszyć. Mazury jesienią są piękne :).

Jak co roku, ekipa firmy Mazurskie Jachty NAUTIGO postanowiła zakończyć sezon rejsem. Tym razem plany mieliśmy ambitne: w niecałe cztery dni przepłynąć z południa (start Ruciane – Nida) na północ (chcieliśmy wpłynąć na jezioro Stręgiel na zachód od Święcajt). Ruszyliśmy w czwartek 12 października z naszego portu macierzystego w miejscowości Ruciane – Nida. Port u Faryja pożegnaliśmy koło godz. 14, szybkie przejście śluzy Guzianka, i ruszyliśmy jeziorem Bełdany na północ. W centrum rozrywkowym Mikołajki nie tracimy czasu, przechodzimy pod mostami i znów stawiamy żagle. Do wejścia do kanałów dochodzimy o zmierzchu.

Kanały na Mazurach

Na szczęście o tej porze roku na kanałach ruch nie jest duży. Oprócz nas nie ma żywej duszy :). Świecąc latarkami bez problemu pokonujemy szlak. Z kolei na jeziorach pomiędzy kanałami wciąż są boje oznaczające szlak wodny. Co ważne, mają one odblaski, tak więc świecąc nawet z daleka można je bez większego problemu znaleźć. Po wyjściu z kanałów ruszamy już bez stawiania żagli w stronę Kuli. Z drugą łąjbą tworzymy tratwę i na spokojnie płyniemy. Choć wieje mocno.

Baza rekreacyjna i sportów wodnych „KULA”

Niestety, gdzie dwóch dowodzi, tam… nie dowodzi nikt, tak więc na skutek ciemności nieco zahaczamy o trzciny :). Ale dla nas nie ma rzeczy niemożliwych, tak więc po krótkiej walce z żywiołem już na spokojnie dobijamy do Kuli. Z katalogu porad Wujka Dobra Rada: na wstecznym pod wiatr z trzcin wychodzi się trudno. Lepiej jacht tak obrócić, by silnik pracował na biegu do przodu. Teraz już to zrozumieliśmy. Port Kula to takie trochę infrastrukturalne przeniesienie w czasie do początku lat 90. Film Psy, Franz Maurer, gumy Turbo i… Kula. Ale witaj przygodo, nam nawet podróż w czasie niestraszna. Dla tych, którzy do pomostów przy Kuli podchodzą ostrzeżenie, by zawczasu podnieśli nieco miecz i płetwę sterową, gdyż jest tam płytko bardzo. Cena jest za to dosyć korzystna: 15 zł za cumowanie + 2 zł od każdej osoby. Tak więc ma Kula swoje plusy dodatnie, ma też swoje plusy ujemne.Czarter jachtów na Mazurach

Remont kanału w Giżycku

Następnego dnia wieje. Wieje mocno. Tak mocno, że jedna z później spotkanych załóg opowiadała nam, że bali się wyjść z portu i… nie wyszli :). Kładziemy maszt, przepływamy pod mostem, stawiamy maszt i… lecimy na silniku. Stręgiel daleko i łudzimy się, że tak będzie szybciej. Rydzewo, jezioro Niegocin i po krótkim czasie jesteśmy w Giżycku. Wpływamy od razu do Kanału Łuczańskiego – most obrotowy jest otwarty i pędzimy dalej. Dla przypomnienia: stary kanał – Kanał Niegociński jest wciąż w remoncie. W tym sezonie przechodzenie przez Giżycko w weekendy mogło zająć naprawdę dużo czasu. Na szczęście w sezonie 2018  – pogłębiony do głębokości 1,5 metra kanał powinien być już czynny. Remonty na Mazurach – tu przeczytasz o tym więcej.
Po wyjściu na jezioro Kisajno stawiamy maszt i… poważnie się refujemy. Na grocie używamy refbanty, z foka zostawiamy mały skraweczek (rolowanie z pomocą rolfoka działa). Wieje mocno, pewnie dobra szósteczka. Z tych kilku łódek, które próbują płynąć na żaglach, wszystkie oprócz jednego Tesa 32 są zrefowane. Część płynie tylko na zrefowanym grocie. Ale wbrew pozorom, po założeniu refów nasza Antila 27 radzi sobie dosyć dobrze. Fala jest duża i momentami, schodząc z niej, dziób spada mocno w dół z charakterystycznym łuuup. Są emocje. Woda bryzga do kokpitu regularnie :).

Herbaciarnia w Sztynorcie

Dochodzimy na wysokość miejscowości Sztynort, postanawiamy zmienić plany i tym razem Stręgiel odpuścić. Wchodzimy więc do portu Sztynort i jako że pogoda piękna, (pada praktycznie bez przerwy drugi dzień) ruszamy na spacer po pięknym parku. Rzucamy okiem na zabytkowe i niszczejące herbaciarnię (powstałą 200 lat temu) i kapliczkę i wracamy na zupę krem z dyni (tak, jeden z naszych załogantów lubi gotować i nawet wziął blender do zmiksowania dyni :)). Jedyny problem był w tym, że zapomniał o imbirze. Ale naszej pokładowej Magdzie Gessler danie wyszło znakomite. Wieczór w Zęzie jest specyficzny. Na zakończeniu sezonu w barze, oprócz barmanki, nie ma żadnej przedstawicielki płci pięknej – jest za to ze 40 chłopa. No i na szczęście gitara.

Następnego dnia wiatr siada, obieramy kurs do Giżycka. Po krótkim postoju w Ekomarinie (miejsce bardzo przyjazne) i wymianie jednego załoganta na nowszy model, ruszamy na południe. Po burzliwej naradzie (- Starczy paliwa? – Pewnie starczy.) uznajemy, że benzyny nam na kanały nie zabraknie. Do tego problemu wracamy gdzieś na wysokości Rydzewa, gdy wiatr siada coraz mocniej. I dochodzimy do wniosku odwrotnego, że benzyny nam jednak nie starczy. Zahaczamy więc o Kulę, ale tu przemili bosmani niestety benzyny nie mają. Na szczęście po drodze trafiamy jeszcze marinę w Prażmowie gdzie się udaje kupić 5 l benzyny. Pani Małgorzacie niniejszym serdecznie dziękujemy :).

Mikołajki – marina w Hotelu Gołębiewskim

Kanały tradycyjnie po ciemku, a nawet pod wiatr, który się wzmógł. Wychodzimy na Tałty, stawiamy maszt i nagle okazuje się, że nie pada. To sytuacja tak wyjątkowa, że postanawiamy jeszcze trochę popłynąć i na spokojnie, na samym foku, dobijamy do Mikołajek, stajemy w marinie pod Hotelem Gołębiewskim, gdzie oprócz nas i dwóch łódek rezydenckich stoi tylko jeden inny jacht.

Keja jest oświetlona, tak więc podchodzimy. Na miejscu prąd i czyste toalety. Jedyny mankament, że… brakuje w nich światła. No i keja ulubiona przez ptactwo, tak więc można się ślizgać na ich odchodach. No ale w końcu jest po sezonie. Z rana płacimy 40 zł za cumowanie i ruszamy na południe.

Śluza GuziankaŚluza Guzianka Ruciane Nida Ruciane Nida

Śniadanie jemy na wodzie i w deszczu, ale potem wreszcie nadchodzi ten moment – po trzech dniach mniej lub bardziej intensywnego siąpienia z góry, a przy silnym wietrze w poziomie, wreszcie wychodzi słońce. Gdy wchodzimy do śluzy Guzianka (to ostatni weekend tego roku, kiedy jest czynna, teraz już tylko od poniedziałku do piątku) ładują się z nami… łabędzie. Co prawda jeden ledwo zdążył, ale widać, że śluzują się regularnie – już przy wychodzeniu wepchały się na początek kolejki :). Leniuchom nawet takiego krótkiego fragmentu nie chciało się lecieć.

Tak więc pierwsze zakończenie sezonu za nami. Pytanie ile razy będziemy ten sezon jeszcze kończyć, pozostaje otwarte. W styczniu jeszcze po Mazurach nie pływaliśmy :).

Zdjęcia łabędzi i nie tylko robił Maciej Czerski.

……………………………………………………………………….

Rezerwuj jachty na Mazurach na sezon 2018 już teraz! Do końca stycznia zniżka – 20 procent!

Otwarcie sezonu 2017 na Mazurach

Piękne słońce, trochę wiatru, prawie brak innych jachtów i na dodatek wspaniałe jezioro Wojnowo. Ekipa Mazurskich Jachtów NAUTIGO rozpoczęła sezon żeglarski 2017 r.

Jako że lód zszedł z jezior jakoś koło 20 marca dłużej czekać się nie dało – 30 marca oficjalnie rozpoczęliśmy sezon żeglarski 2017. Pogoda dopisała jeśli chodzi o słońce. Otwarcie sezony 2017 na Mazurach na jachcie Phila 900 - jezioro BełdanyPo przeprawieniu się przez śluzę Guzianka (jest jeszcze nieczynna, ale zostaliśmy przepuszczeni w ramach przedsezonowych prób :)) chcieliśmy ruszyć z werwą. Nie dało się. Wiatru było jak na lekarstwo. Tak więc innej opcji nie było, odpaliliśmy silnik i naszym jachtem Phila 900 ruszyliśmy w stronę portu Mikołajki. Nie wiało tak mocno, że gdy już minęliśmy Mikołajki nie było sensu stawiać masztu – ruszyliśmy dalej w stronę kanałów. Co ciekawe, poziom wody na Szlaku Wielkich Jezior Mazurskich jest w tym roku bardzo wysoki. Główki kanałów są w dużej mierze pod wodą. Czarter jachtów na Mazurach to zawsze olbrzymia radość. Początek sezonu 2017 na jachcie Phila 900

Rydzewo – Czarny Łabędź

Już po ciemności dobiliśmy do portu Czarny Łabędź w Rydzewie. Ku pewnemu zaskoczeniu gospoda była czynna, ale standardowo już nasz jacht Phila 900 był jedyną jednostką w porcie :). Następnego dnia po krótkim rekonesansie w Rydzewie ruszyliśmy w niezłym tempie (wiało przyzwoicie) do Giżycka. Weszliśmy na żaglach do portu Dalba i jak zwykle byliśmy tu jedyną łajbą :). Giżycko - port Dalba. Jacht Phila 900 jest jedynym w porcie. Marzec 2017 r. Dla przypomnienia: stary kanał w Giżycku jest remontowany i do końca roku ma być zamknięty. Niestety, most obrotowy jeszcze nie działał, tak więc gdy już się o tym przekonaliśmy, Giżycko pożegnaliśmy.

Jezioro Wojnowo – Mazury nieznane

Ruszyliśmy przez jezioro Niegocin na południe. Z tym że nie na południowo zachodni koniec, a na ten wschodni, gdzie w samym rogu jest wąski przesmyk do jeziora Wojnowo. Po minięciu wąskiego gardła między trzcinami wpływamy na niewielką zatoczkę z niesamowitą liczbą ptaków (m.in. czaple, łabędzie, i jak na nasze niewprawne oko nawet gęsi) i już przed nami widać most. Kładziemy maszt i ruszamy – na moście jest zakaz używania silnika spalinowego – jezioro Wojnowo to strefa, gdzie tego typu urządzeń nie powinno się włączać. Kilkadziesiąt metrów za mostem jest linia wysokiego napięcia, która nie jest jakoś specjalnie oznaczona. Dopiero później można stawiać maszt. Jezioro Wojnowo jest rynnowe, ma raczej wysokie brzegi i otoczone jest w dużej mierze polami. Na południowym końcu znajduje się niski mostek, pod którym płynie Głaźna Struga do jeziora Bawełno (tędy ma przebiegać mityczna i nierealna pętla Mazur). Nasz jacht Phila 900 jest jednak zdecydowanie zbyt duży by pod tym mostkiem przejść,Jezioro Wojnowo na Mazurach to strefa zakazu poruszania się na silniku spalinowym. tak więc z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku zawracamy i znajdujemy miejsce na biwak. Z rana ruszamy przy dźwiękach traktora pracującego na pobliskim polu. Wiatr dmie nam w rufę, tak więc przejście pod linią wysokiego napięcia i mostem nie wymaga nawet pagajowania. Zasada, że głupi ma szczęście się sprawdziła :). Jacht Phila 900 na Mazurach, czarter jachtów na Mazurach to niesamowite widoki!

Znów przez Niegocin, po lewej Rydzewo i gospoda Czarny Łabędź, po prawej abberacyjne, nowoczesne domy w Bogaczewie i docieramy do kanału Kula. Poziom wody jest tak wysoki, że wielka mielizna przed kanałem po lewej stronie wydaje się jakby mniej groźna. Na Tałtach pięknie wieje, wyśmienity obiad na wodzie (steki były :)) i potem szok. W Mikołajkach widzimy dwie inne łódki :). Poczucie tego, że jesteśmy unikalni, generalnie hasło że „na całych Mazurach my” nieco wyblakło. Biwakujemy na Bełdanach, a później widzimy jeszcze dwie łajby. Średnio jedna łajba dziennie. Skandal, że taki tłok na tych Mazurach panuje.

Powrót już bez większych atrakcji, wiatr znów siadł i musieliśmy wracać na silniku. Generalnie nasza Phila 900 sprawiła się znakomicie, pływając na przełomie marca i kwietnia warto mieć ogrzewanie. Choć co trzeba podkreślić, w ciągu dnia funkcjonowaliśmy na boso i w krótkich spodenkach. Prawie jak wakacje, tylko ludzi mniej :). No i jak się w wodzie postoi po kolana przez 30 sekund to zaraz jakoś tak boleć zaczyna. Krioterapia taka. Na dobry początek sezonu.

Jeśli chcesz wyczarterować jacht Phila 900 lub jakikolwiek inny z floty Mazurskich Jachtów Nautigo nie zwlekaj i kliknij w link czarter jachtu już teraz!

Mazurskie zamknięcie sezonu 2016


Ruciane Nida – Mikołajki – Giżycko – Mamerki – Sztynort – Zimny Kąt – Wierzba – Ruciane Nida. W cztery dni. To było udane zakończenie sezonu ekipy Mazurskich Jachtów. Tak udane, że może w listopadzie je powtórzymy :).

Tegoroczny przełom września i października był rewelacyjnie ciepły – w ciągu dnia po dwadzieścia stopni z hakiem. Noce tak ciepłe, że nawet ogrzewania nie musieliśmy włączać. Nasze żeglowanie rozpoczęliśmy jednak dosyć standardowo, nie nocą, a w południe w czwartek 29 września.

Śluza Guzianka

Plan był ambitny – ciśniemy jak najdalej na północ. Po szybkim śluzowaniu w Guziance rozwinęliśmy żagle i spokojnie, w miarę korzystnym wiatrem przemierzaliśmy Bełdany.     rsz_mikolajki      W Mikołajkach nie stawaliśmy, tylko szliśmy prosto do kanałów. Udało nam się je pokonać jeszcze za jasności, Bocznego musieliśmy już robić przy świetle księżyca, którego… nie było. Stanęliśmy tuż przed kanałem Kula koło godz. 20. Nawet się nieźle rozwiewało, ale musieliśmy również grać w świetną grą planszową Osadnicy. No a rozdwoić się nie mogliśmy :).

Jacht Laguna 730

W ten rejs wybraliśmy się naszym nowym jachtem – wodowaną w 2016 r. jednostką Laguna 730 o dźwięcznej nazwie Acai. Jak na swój rozmiar ma znakomite wyposażenie, jest i lodówka i ogrzewanie. rsz_laguna_730__acaiMoże jestem nieco skrzywiony po pływaniu na większych jachtach, ale choć Laguna 730 zarejestrowana jest na osiem osób, to trudno sobie wyobrazić tak liczną załogę. 6 osób może być, 4 – 5 to pełen komfort. Ale z drugiej strony, nie każdy studia ma już za sobą :). Łajba za to bardzo przyjemna w obsłudze – miecz chodzi naprawdę leciutko i też w porównaniu z jachtami po 27 – 30 stóp znacznie lżejszy jest maszt. Płynęliśmy w cztery osoby, tak więc patent z zamykaną rufą bardzo fajnie działał (ponoć bardziej liczne załogi na to narzekają). O tym, że Laguna 730 jest dzielna przekonaliśmy się następnego dnia na Niegocinie, gdzie były nieźle wiało i na dodatek szkwaliło, tak że wielu postanowiło się zrefować.

Kanał Niegociński (tzw. stary kanał w Giżycku) zamknięty w sezonie 2017

Dopłynęliśmy do Giżycka, ale w główkach do kanału jacyś przemili panowie powiedzieli, że most przez najbliższe trzy godziny działać nie będzie. Szybki wsteczny i ruszyliśmy w stronę starego kanału (Niegocińskiego). Na szczęście stan wody nie był tak niski jak rok temu i pokonaliśmy go bez problemu. Potem Piękna Góra, gdzie po drodze na szybko dosiadł się jeszcze jeden z załogantów i ruszyliśmy na Kisajno. Warto tu zaznaczyć, że w sezonie 2017 kanał będzie remontowany i ma być otwarty dopiero późną jesienią.

Sztynort

Wyspy minęliśmy zachodnią stroną (dla większych emocji halsowaliśmy pod wiatr przez przesmyk na południe od wyspy Duży Ostrów :), wiatr sprzyjał więc płynęliśmy cały czas na północ. Po drodze pojawił się poważny problem – nie wiedzieliśmy czy nocować w Sztynorcie, czy płynąć dalej. Padło jednak na północ, więc w pięknym słońcu i krótkich spodenkach dopłynęliśmy do Mamerek, symbolicznie pomachaliśmy bunkrom i ruszyliśmy z powrotem do… Sztynortu.
W tym porcie nie byłem chyba z 10 lat. rsz_mamerkiSmutny wniosek jest taki, że po tej wizycie chyba zbyt szybko znów tam nie wrócę. Mając w pamięci starą Zęzę, obecny lokal nie spełnia oczekiwań powstałych w czasach zamierzchłych :). Za to jak w prawdziwej tawernie mogliśmy obserwować prastary, rytualny taniec kogutów zwany tu i ówdzie zwyczajnie mordobiciem. Na pocieszenie trzeba przyznać za to, że infrastruktura jest naprawdę w porządku, na kei prąd, dużo toalet, miejsce do zmywania naczyń – na piątkę.Co ciekawe, mimo że pora byłą późna to i w pt i w sb po drodze mijaliśmy naprawdę dużo jachtów na żaglach. Niezbity to dowód na to, że sezon na Mazurach się wydłuża.

Port Wierzba – fajna przystań

W sobotę z rana wypłynęliśmy na silniku i tak już zostało… Niestety, mimo że słonko pięknie grzało to na jeziorze szkło zupełne i wiatru nie uświadczyliśmy. Zajechaliśmy więc by pogrzać się na deskach pomostu w Zimnym Kącie zimny-kati ruszyliśmy już z przyzwyczajenia przez stary kanał na Niegocin. Tym razem nie wiało nic. wyspy_kisajnoTak więc na silniku z położonym masztem, za to rozłożoną grą Osadnicy spieszyliśmy na południe. Gdyby nie gra, to dłużyłoby się strasznie, ale tak w miarę roztropnie, bo jeszcze przed zmierzchem przemierzyliśmy kanały. Później poszliśmy za ciosem – Tałty, Mikołajki i tak wypatrując latarką boi farwateru (miałem wizję, że na pustym jeziorze wpakujemy się w jedną z nich na samym środku :)) dopłynęliśmy do Wierzby. Przy podchodzeniu akurat zaczęło padać, tak więc znów zaczęliśmy grać w… Osadników. rsz_osadnicy_w_kokpicieUwaga, ta gra naprawdę wciąga!
Port Wierzba jak zawsze znakomicie, ale z rana ruszyliśmy. Niedzielne śniadanko już na wodzie, po jakimś czasie postawiliśmy żagle i spokojnie zmierzaliśmy na południe. W Guziance drugiego października oprócz nas były cztery inne jachty! Coś takiego nie zdarzyło nam się chyba od pięciu rejsów. Wniosek jasny – to jesienne zamknięcie sezonu było niczym spokojny letni rejs – cały czas w krótkich spodenkach (choć też w czapce). Pojawiają się więc głosy, że to zamknięcie sezonu było oszukane i trzeba je powtórzyć. rsz_jezioro🙂

Jezioro Nidzkie – piękny akwen dla żeglarzy na południe od miejscowości Ruciane – Nida

Choć zdecydowana większość naszych klientów bierze jacht w czarter i rusza z portu u Faryja w Rucianem Nida na północ przez śluzę Guzianka i dalej na jezioro Bełdany, to na rejs dwu – czy trzydniowy warto się także wybrać na Jezioro Nidzkie. Tak zrobiliśmy w połowie kwietnia.

Z Portu u Faryja

By tam się dostać trzeba położyć maszt tuż po wyjściu z portu u Faryja, przepłynąć liczący niecałe 200 metrów kanał Nidzki, ominąć sieci tuż po wyjściu z kanału i ruszyć dalej. Wypłynęliśmy z portu około godz. 14, wiało bardzo delikatnie, ale w miarę korzystnie. Na co jak zwykle byliśmy wyczuleni to mielizny, bo generalnie jezioro Nidzkie z nich słynie. Całe szczęście są one zazwyczaj piaszczyste, tak więc nawet jak się w nie wpłynie, to nie oznacza to poważniejszych kłopotów. Przynajmniej zazwyczaj. Pierwsza bardziej znana jest na wysokości pomostu, gdzie na dachu jest duży napis „obiady i piwo”. Czy jakoś tak.

Antila 27 na żaglach

Niedługo po wypłynięciu na szersze wody lewą stroną mijamy wyspy. Generalnie można je mijać każdą stroną i każdą da się przepłynąć (nawet stosunkowo wąskim przesmykiem między dwoma wyspami położonymi najbardziej po prawej, czyli zachodniej stronie). Na wschodnim brzegu ostały się jeszcze chaty zupełnie nieturystyczne, mijamy linię wysokiego napięcia co oznacza, że wpływamy w strefę zakazu pływania na silniku. Nas to nie dotyczy, bo i tuż po wyjściu z kanału oczywiście postawiliśmy żagle, IMG_8186[1]a nasza Antila 27 – Papaja napędzana wiatrem radzi sobie znakomicie.

Jezioro Nidzkie – zatoka Zamordeje

Mijamy znakomitą przystań Pod Dębem (polecamy wszelkiej maści ryby w restauracji), niedaleko dalej leśniczówkę Pranie, gdzie latem można posłuchać poezji śpiewanej, i wreszcie jeden z trzech jachtów, które zobaczyliśmy w czasie tej wyprawy. Tego dnia dopływamy do zatoki Zamordeje. Jako że wiatr siadał i zaczęło się robić ciemno, to stanęliśmy na kotwicy jakieś 15 – 20 metrów od brzegu. Wszelkim żeglarzom mazurskim polecamy co jakiś czas taki nocleg – naprawdę ma to swój urok i klimat.

Następnego dnia eksplorujemy dalej zatokę Zamordeje – płyniemy w tej kiszce do samiutkiego końca, tam się robi bagienko i zawracamy. Do głównej części jezioro płyniemy po południowej stronie wyspy – tu przesmyk między trzcinami ma może 10 – 15 metrów szerokości, ale akurat wiatr nam sprzyja :). Wypływamy więc na główną zatokę jeziora Nidzkiego, Antila 27 sprawuje się zacnie, z daleka widzimy miejscowości Krzyże i Karwica no i ruszamy dalej na południowy – wschód. Cel: miejscowość Jaśkowo – dalej się nie da.

Jezioro Nidzkie – Jaśkowo

Pierwszy problem to wąski, zygzakowaty przesmyk jakby od razu na końcu tej dużej zatoki. Trochę halsówki i dajemy radę. Potem tradycyjnie mijamy tam statek rybaków, którzy sieci rozstawili chyba na całej szerokości jezioro – ale na szczęście są one na tyle głęboko, że żeglugi nie komplikują. W każdym razie zalecamy tu czujność. Kormorany w zatoce ZamordejeŁajby zakotwiczone na środku jeziora, rybaków ani widu, ani słychu, ale za to liczba czapli, kormoranów i wszelkiego innego ptactwa, które zobaczyliśmy  była na pewno rekordowa.
Po jakimś czasie kolejny wąski przesmyk (za nami ciągną się bąble, bo zaczyna się bardzo muliste dno) i wreszcie zatoka, przemierzenie której momentami wymaga zatykania nosa. Muł tak „bąbluje”, że przypomina to skrzyżowanie zapachu gnojówki z termami w basenie. W każdym bądź razie płyniemy z mieczem opuszczonym tylko w połowie, wreszcie widzimy Jaśkowo, honorowa runda przy plaży, zerknięcie na ujście rzeki Wiartelnica i wracamy. Na szczęście Neptun sprzyja i przez kolejne 90 minut wieje jakieś 2 – 3 w skali Beauforta, tak więc zamulony akwen przechodzimy bez problemów. Ale łatwo sobie wyobrazić, że jak wieje mało, to tam się stoi zupełnie. Bo nawet na przyzwoitym wietrze płynęliśmy wolno, tak jak byśmy mieli jakąś dryfkotwę.
plaża w Jaśkowie

Znów mijamy zakotwiczone łajby rybaków i wypływamy na główny akwen. To już wieje przyjemniutko, tak więc zmierzamy na północ i stajemy na biwaku już po minięciu zatoki Zamordeje. Choć powoli szarzeje to ruszamy jeszcze na spacer po przepięknej Puszczy Piskiej. Parafrazując kultową kwestię Laski z filmu „Chłopaki nie płaczą”, grzybów nie ma, ale też jest… fajnie :).

Antila 27 na pagaju

Mniej fajnie jest następnego dnia. O ile sobotę, całą spędziliśmy w krótkich spodenkach, to w niedzielę nie dość, że siąpi, a czasem wręcz pada, to co gorsza, nie wieje. A my w strefie zakazu używania silnika. No cóż, czekać nie ma na co, jakoś po godz. 10 ruszamy. Mija ledwo godzina i jesteśmy jakieś… 300 metrów dalej. Taa… Choć Antila 27 waży nieco ponad trzy tony, to pychem też można wiosłować. Powoli, bo powoli, ale idzie. Ścinamy nieco przez trzciny – wtedy faktycznie można się odpychać. Wreszcie jakoś koło południa zaczyna coś dmuchać. A nasza Antila 27 mimo, że swoje waży, to dzięki temu, że ma prawie 40 metrów kwadratowych żagla to nawet drobny podmuch rwie ją do przodu :). Mijamy Pod Dębem, linie i nawet dalej ciśniemy na żaglach, rzucamy je dopiero za wyspami, ponieważ wiatr słaby, a pada coraz mocniej.

Mimo to – pierwszy rejs tego roku zaliczony. Sezon 2016 uznajemy za otwarty! Jeśli jeszcze nie zaplanowałeś swoich mazurskich przygód w tym roku, to rezerwuj jacht już teraz.

Mikołajki w Mikołajkach, czyli grudniowy rejs na Mazurach

Silny wiatr, brak ryzyka kolizji z innymi łódkami i nieograniczona ilość miejsca w portach. Tak wyglądało nasze grudniowe żeglowanie
Pomysł grudniowej wyprawy padł w roku ubiegłym, gdy żeglowaliśmy w listopadzie (opis tamtego rejsu jachtem tutaj). Choć za autorów2015-12-04 12.08.10 hasła „Mikołajki w Mikołajkach” uważa się co najmniej dwóch członków poprzedniej wyprawy i najpewniej spór ten nigdy nie zostranie rozstrzygnięty to mimo to ruszyliśmy :).20151205_113003

Śluza Guzianka – czysta przyjemność

W piątkowe przedpołudnie, 4 grudnia pięciu śmiałków stawiło się by ruszyć z tradycyjny jesienny rejs Mazurskich Jachtów. Papaja – nasza Antila 27 premium, na której płynęliśmy była już jedynym jachtem na wodzie w Porcie u Faryja w miejscowości Ruciane – Nida. Co ciekawe, śluza normalnie działa od pn do pt od siódmej do piętnastej. Oczywiście tłoku nie było :). Ale panowie zamknęli już rok finansowy, tak więc opłaty od nas nie pobrali. Ba, nawet symbolicznego piwka nie chcieli.Mazury w grudniu
Wiatr nam sprzyjał, wiało pewnie jakieś cztery, tak więc w Mikołajkach byliśmy w trymiga. Śluzowaliśmy się na Guziance koło południa, a wejście do kanałów przywitało nas krótko po g. 15. Przez kanały w pośpiechu, co by zdążyć wyjść przed zmrokiem i to nam się udało (w sensie było ciemno jak wyszliśmy). Potem dalej wiało, więc na spokojnie na foczku dopłynęliśmy do Giżycka wieczorową porą. Jedyne dwa jachty żaglowe na tym rejsie, które widzieliśmy na żaglach to zrefowane omegi pierwszego dnia. Poza tym nie pływał nikt.

Jezioro Tałty – piękne żeglowanie

Noc zaskakująco ciepła, choć minus jest taki, że przy niskich temperaturach szybko rozładowują się akumulatory (prądu w porcie Dalba2015-12-05 08.49.11 już nie uświadczyliśmy, ale bosman pewnie od dwóch miesięcy m ). Na szczęście mieliśmy dwa zapasowe. W sobotę ruszyliśmy z powrotem na południe – teraz czekało nas halsowanie. Dalej dobrze wiało tak więc Niegocin zrobiliśmy bez problemów, choć potem zerwał nam się fał foka, i na halsówę na Jagodnym i Bocznym nikt specjalnie nie miał ochoty. Odpaliliśmy katarynę, i żagle postawiliśmy już na Tałtach (wcześniej naprawiwszy fał w kanałach). Port w GiżyckuNa jeziorze Tałty piękne żeglowanie – dalej wiatr niezbyt sprzyjał, ale przynajmniej tam jest na tyle szeroko, że można spokojnie halsować. Balastowanie – pięciu ludzi na jednej burcie, piękna żeglarska jazda 🙂 Minęliśmy Mikołajki – wyglądały na mocno wymarłe i stanęliśmy w jednej z zacisznych zatoczek za Wierzbą (dalej mocno wiało). Wieczorne ognisko z kiełbaskami (jeden z wytrawnych żeglarzy zjadł ich pięć), poranne zbieranie śmieci Sprzątamy Mazurypozostawionych przez innych żeglarzy, oglądanie tego co bobry zdziałały i powrót do macierzy, czyli miejscowości Ruciane – Nida.
Co prawda śluza w niedzielę nieczynna i jacht zostawiliśmy u przemiłego leśniczego, który ma pomost obok, to wyprawa nad zwyczaj udana. Wiało, było stosunkowo ciepło (6 – 8 stopni) i tłoku na jeziorach nie było. Halsowanie w grudniu na MazurachJedyny problem był taki, że akurat 6. grudnia w Mikołajkach nie byliśmy. No cóż, imprezę trzeba powtórzyć za rok :).

 

Wiosna się zbliża. Rezerwuj jacht już teraz!

Sasanką do Szwecji

O tym jak się cumuje na skałach, przysposabia Sasankę do rejsu morskiego oraz płynie z prędkością pięciu węzłów praktycznie bez żagla opowiada znakomity żeglarz i jednocześnie szkutnik, który zbudował nasze Antile, Michał Kozłowski

Sasanką 660 do Szwecji – to brzmi dumnie. Jak przygotowaliście mazurski jachcik by sprostał wyzwaniom morskim?
Ten jacht budowałem dziewięć lat temu, a ówczesny klient, teraz mój kolega powiedział, że chce mieć jednostkę przygotowaną na morze. Tak więc Sasanka dostała stalówki „piątki” (normalnie na tej wielkości jachtach używa się „czwórek”) oraz dodatkową parę want, która przytrzymuje masz od strony dziobu. Z olinowania trzeba było jeszcze wymienić achtersztagi na takie bez talii, zakończone stalówkami. Jacht miał oczywiście dużo więcej elektroniki. Balastu troszeczkę więcej, a miecz zupełnie seryjny ważący 80 kg. Dołożyliśmy handrelingi i dłuższą płetwę sterową, po to by w większym przechyle łódka sama z siebie automatycznie nie ostrzyła. Zamiast silnika 4-konnego założyliśmy 6–konny. Oświetlenie sektorowe na topie, ale takie rozwiązanie mają też jachty na Mazurach. No i kuchenka na kardanie.

Skąd zaczęliście?
Łódkę z Jadwisina na Zalewie Zegrzyńskim zawieźliśmy do Kołobrzegu, gdzie w nowym porcie zbudowanym za 130 mln zł pół dnia czekaliśmy na dźwig. O trzeciej w nocy ruszyliśmy w stronę Bornholmu. Cichutko cała marina jeszcze spała. Na początku dziwnie się przestawić, o tej porze tylko kutry rybackie się kręciły.

Ile płynęliście?
15 godzin. 70 mil, akurat tego dnia słabo wiało, więc momentami odpaliliśmy silnik. Po dopłynięciu nawet specjalnie nie chciało nam się wychodzić do miasta, bo tam już byliśmy. Następnego dnia popłynęliśmy do Simrishamn. 4-6  Beauforta, było na bogato.

Jak przy takim wietrze zachowywała się Sasanka?
Na drugim refie przy baksztagu kiwa się jak kaczka. Wchodzi z jednego przechyłu w drugi. Trzeba się do tego przyzwyczaić. 15 czy 40 stopni nie gra większej roli. Na szczęście jesteśmy odporni na chorobę morską. Ale wszelkie chodzenie po jachcie z „ręką dla jachtu”. Zazwyczaj byliśmy wpięci szelkami w lifelinę przeciągniętą między koszem rufowym a dziobowym.

Szelki się przydały?
Nie, na szczęście nikt nie wypadł. Ale jakby ktoś jednak wypadł bez przypięcia to trudno by go było wyłowić. A jakby ktoś wypadł podczas snu drugiego, to wtedy nie ma już o czym gadać. W porcie Simrishamn nie spotkaliśmy już żadnych polskich jachtów. Później popłynęliśmy do Ahus, gdzie jest fabryka wódki Absolut, ale nie ma co więcej zwiedzać. Następnie przeskoczyliśmy na wyspę Hano. Jest naprawdę ładna i co ważne, ma dobrze osłonięty port. Tam spotkała nas śmieszna historia. Bosman, który przyszedł zebrać za port, wciskał nam kwitek – myśleliśmy, że to talon na śniadanie. Tak więc z rana ruszyliśmy do baru z myślą o posiłku, a to był talon na dwie kajzerki w sklepie obok. Ewidentnie była to zachęta do zrobienia tam większych zakupów.

Sztuka marketingu nie zna granic…
Najwyraźniej. Później popłynęliśmy na szkiery. Kolejne wyspy to Tarno i Arpo. Na tej drugiej siedzieliśmy półtora dnia bo mocno wiało. Już po wyjściu trafił nam się odcinek, na którym 4-5 wiało non stop. Robiliśmy 7 węzłów, a tam trzeba płynąć między skałami, dużo kardynałek, tak więc nie można sobie pozwolić na chwilę nieuwagi. Wreszcie dobiliśmy na skałę, wzięliśmy specjalne haki, które wbija się w kamienie trochę jak kotwicę w piach (nieco to przypomina kości do wspinaczki) i na tym cumowaliśmy. Hak na dziobie, kotwica na rufie z tyłu. Następnego dnia ruszyliśmy na Olandię, mieliśmy 50 mil przed sobą. Jednak wiatr się rozkręcał. Jeden ref, drugi ref, ale to i tak było za dużo. Zwinęliśmy grota. Płynąc na skrawku foka robiliśmy 5 węzłów. To był 13 sierpnia, wtedy na polskim wybrzeżu nawet morskie jachty sponiewierało, a my poczuliśmy, że nieco przesadzamy. W każdym razie dotarliśmy na miejsce bezpiecznie. Mieliśmy problem ze sterem, ale nam to zespawali za 100 zł z dostawą i odbiorem z portu, czyli pewnie ze dwa razy taniej niż w Mikołajkach.
W porcie zastała nas kolejna burza. I wtedy przestaliśmy myśleć o Gotlandii, bo uznaliśmy, że nie ma co kusić Neptuna. Wracaliśmy, ale wiatr mieliśmy cały czas w mordę. Halsóweczka przy 4-5 B przez 12 godzin może naprawdę zmęczyć.

Co dalej?
Dotarliśmy na wyspę Utklippan. Woda jak kryształ, foki obok jachtów, łódki między wyspami. Następnego dnia wyszliśmy dalej i… musieliśmy się wycofać. Fala była tak duża, że to było bez sensu, mimo niezbyt silnego wiatru. Po prosu silnik przyczepny przy takim kołysaniu nie pracuje dobrze.
Następnego dnia wreszcie dotarliśmy na Bornholm. Tu był szok, bo wśród jachtów gościnnych byli sami Polacy. Wyszliśmy z Nexo o 0130 w stronę Polski. Do Łeby w linii prostej jest 85 mil. O 1900 wieczorem byliśmy na miejscu. 4 B i półwiatr, trochę bujało, ale doszliśmy bez problemu. Dwa dni później byliśmy już na Helu. Dzienne przeloty po 40 – 50 mil przestały na nas robić wrażenie.
Ale jak by nam w połowie drogi coś się stało, to mamy tylko kapoki. Jeśli łódź się wywali UKFki nie użyjesz, w ciągu dnia raca nie pomoże. Dużego zapasu bezpieczeństwa nie mieliśmy. Jacht wyjęliśmy z wody w Górkach Zachodnich.

Co byś poprawił w tej Sasance przed następnym rejsem morskim?
Szczerze? Chyba zamienił na trochę większy jacht.

 

 

Jak dopłynąć optymistką na Bornholm, czyli o bezpieczeństwie na Mazurach

O tym dlaczego nie warto włączać GPSa, za to warto uczyć dzieci pływać i ćwiczyć złe scenariusze opowiada Marcin Siwek.

Co trzeba zrobić, żeby nie utonąć na optymistce płynąc na Bornholm?
Mieć suchy kombinezon, który jest kompletnie szczelny i pływa. Plus kamizelka asekuracyjna lub ratunkowa. Byle na tyle wygodna, żeby na pewno była ubrana. Zawsze na człowieku. Mając to na sobie, wpadając do wody kupuje się czas. Trzeba mieć również zdublowane urządzenia do nawigacji. Oprócz normalnego zestawu, którego używałem na jachcie miałem wyłączonego GPSa z naładowanymi bateriami w kamizelce, radioboję osobistą PLB, która w razie wypadku komunikuje się przez satelitę z innymi statkami. Na dodatek jest spersonalizowana –  konkretna boja,  przypisana konkretnemu człowiekowi z imienia i nazwiska. Miałem też zapasową UKF-kę, także wyłączoną, a dzięki temu naładowaną. Trzeba pamiętać, że podstawowy pakiet cały czas pracuje na jachcie i baterie tych urządzeń ciągle się rozładowują.

A jak to jest z myciem się i wypróżnianiem?
Najgorsze jest to, że trzeba się rozebrać. Ale nawet wtedy byłem tak powiązany z tymi urządzeniami, żeby w razie czego mieć szansę na powiadomienie o zagrożeniu i mojej lokalizacji. To wymaga pewnej skrupulatności i dokładności. Np. dietę trzeba dobrać tak by mięć potężne źródło energetyczne, a jednocześnie zredukować produkcję masy kałowej. Gdy się przygotujemy do złych scenariuszy, to w czasie rejsu nic nas nie zaskoczy. Jak się nie przygotujemy, to jesteśmy często kompletnie bezradni, mamy narzędzia, których nie potrafimy użyć.  Co więcej, te złe scenariusze trzeba przećwiczyć w praktyce. Wszystkie jakie możesz sobie wyobrazić. Choć oczywiście nie wymyślimy wszystkich, tu pomoże nam samo życie.  Byle to była pomoc, takie powiedzmy tylko utarcie nosa, a nie kara, wyrok. Bądźmy na to gotowi. Podam przykład: jeżeli masz na jachcie tratwę ratunkową, a nigdy jej nie uruchomiłeś, to zapewne nawet posługiwanie się linką falenia (linką operacyjną) może Cię zaskoczyć.

Pan dopłynął bezpiecznie małym jachcikiem na odległą wyspę, a tylko w lipcu i czerwcu utonęło w Polsce 250 osób. Skąd tak duża liczba wypadków?
Dzisiejsza statystyka za rok 2013 zamyka się liczbą 399. Ale ta liczba się jeszcze powiększy. Mamy przed sobą jeszcze bezpieczny październik i listopad oraz niebezpieczny grudzień, gdy pojawią się utonięcia podlodowe. Pierwsza przyczyna utonięć to nieumiejętność pływania. 10 lat temu potrafiło pływać zaledwie 7 proc. Polaków. Pomijając ułańską fantazję i alkohol, nawet w czasie problemów, osoba umiejąca pływać wydłuży swoje szanse na utrzymanie się na wodzie. Ktoś kto nie potrafi pływać nie ma nawet minuty na bycie uratowanym. Druga przyczyna, to fakt rejonizacji w ratownictwie wodnym. Tu jest kąpielisko i tu pilnujemy, a to co jest za boją już nas nie interesuje. Nie rozumiem, dlaczego na plażach nie jest możliwe postawienie ratownika co 500 metrów. Trzecia rzecz to ustawa, która nakłada na władze terytorialne określenie niebezpieczeństw wodnych, miejsc nadających się do kąpieli i zapewnienie w tych miejscach bezpieczeństwa. Jak to jest, że w miejscach gdzie od kilkudziesięciu lat w weekendy mnóstwo ludzi się kąpie wciąż nie ma ratownika?

Może będzie trochę lepiej. Ministerstwo sportu planuje wprowadzenie nauki pływania dla najmłodszych. To dobry pomysł?
Wręcz doskonały. Ale pytanie czy to zostanie zrealizowane. Daj Boże, ale pamiętajmy, że to proces długotrwały i nawet jeśli taka nauka zostanie wprowadzona za rok, to sytuacja zmieni się za lat kilkanaście. Trzeba uświadomić, że nieumiejętność pływania jest pewną formą niesprawności.  Osoby niepełnosprawne nie powinny w tej wodzie przebywać bez nadzoru. Powinniśmy bardziej promować używanie kamizelek asekuracyjnych. Na rowerach jeździmy w kaskach, na nartach również, a nad wodą powinniśmy przebywać w kamizelkach. To powinna być tak samo normalna rzecz jak zapięcie pasów w samochodzie.
Musimy przełamać też zaściankową mentalność rodziców, którzy nie posyłają dzieci na szkolną, bezpłatną nauką pływania, bo dziecko będzie chore. Są miejsca, gdzie w zajęciach nie uczestniczy zdecydowana większość uczniów. Od basenu dziecko nie będzie chore, a od nieumiejętności pływanie będzie martwe. Wybór należy do Ciebie i trzeba to mówić wprost.
Powróćmy do tych złych scenariuszy. Wyobraź sobie, że Twoje dziecko z jakichś powodów wpada do wody. Trzeba w praktyce przećwiczyć ten scenariusz. Bardzo prawdopodobny scenariusz. Czy ktoś może zaproponować lepszą metodę niż po prostu nauczyć się długotrwale utrzymywać na powierzchni wody? To rozumiem przez umiejętność pływania.

A w których miejscach jest najbardziej niebezpiecznie?
Najwięcej utonięć jest w rzekach. Człowiek, który słabo pływa walczy z wodą, próbuje płynąć pod prąd, a to nie działa. Podstawowa zasada to dać się ponieść. Próba walki z nurtem jest bez sensu, tylko tracimy siły, a w pewnym momencie nurt rzeki zbliży się do brzegu. Z kolei w morzu cofka się kiedyś kończy, zazwyczaj nie dalej niż 300 metrów od lądu i potem można z niej wypłynąć. Ale statystyki mówią, ze prawie połowa utonięć wynika nie z kąpieli, ale z tego, że ktoś do wody wpada przypadkowo.

Co można zrobić żeby było bezpieczniej na jachtach?
Używać kamizelek asekuracyjnych. To podstawowy środek zaradczy. Bez względu na to czy ktoś umie pływać, czy nie. Jeśli chodzi o młodszych uczestników, dziecko powinno być przypięte do stałego punktu, jeśli jest to jacht niewywracalny i niezatapialny. Oczywiście nie wolno przypinać do rzeczy niestabilnych jak np. kajak. Sam widziałem dzieci przypinane do bloczka przy talii czy obciągacza bomu – łatwo sobie wyobrazić co się z takim maluchem zdarzy. Myśleć trzeba także przy asekuracji.

Marcin Siwek, doświadczony ratownik, żeglarz który dopłynął „mydelniczką” na Bornholm

Sierpień 2012. Imprezy na Mazurach

Festiwal hiphopu, airshow, koncerty szantowe, czy dzień ratownictwa wodnego to tylko niektóre imprezy, które odbędą się w sierpniu na Wielkich Jeziorach Mazurskich.

I tym, którzy aż przebierają nogami by skorzystać z atrakcji, i tym, którzy w dniach imprez planują ominąć te miejsca szerokim łukiem i szukać ciszy oraz spokoju, takie informacje się przydadzą. W obu przypadkach zdecydowanie lepiej wiedzieć więcej, by zawczasu się do sytuacji przygotować.

Oto kilka większych i mniejszych imprez, wybranych przez nas zgodnie z hasłem „dla każdego, coś miłego”. Coś dla siebie powinni tu znaleźć i starsi i młodsi żeglarze biorący jachty w czarter. Ale pamiętaj, że jest ich dużo więcej, i np. w niektórych portach huczna impreza odbywa się każdego dnia wakacji.

 

01.08 Sztynort – koncert szantowy EKT Gdynia

03.08 Leśniczówka Pranie, Renata Przemyk i jej trio w kameralnym koncercie nad Jeziorem Nidzkim

03.08-05.08 Giżycko, Mazury Hip-Hop festiwal, wystąpią tu m.in. gwiazdy polskiej sceny jak Sokół, Peja czy Hemp Gru

04.08-05.08 Giżycko, Airshow – pokazy lotnicze, zobaczyć będzie można np. ekipę akrobatów Red Bulla rodem z Czech

05.08 Węgorzewo – koncert szantowy Czarna Bandera

11.08 Leśniczówka Pranie – recital wokalistki jazzowej Agi Zaryan

11.08 Węgorzewo – 5. Węgorzewska Biesiada Kabaretowa

14.08-15.08 Sztynort – koncerty szantowe EKT Gdynia

15.08 Ogonki – koncert szantowy Załoga dr Bryga

18.08 Leśniczówka Pranie – recital legendy polskiego kabaretu, smakosza podwawelskiej, Stanisława Tyma

19.08 Węgorzewo – Grand Prix w siatkówce plażowej

21.08 Mikołajki – Dzień Ratownictwa Wodnego na plaży miejskiej

Czarter jachtów we wrześniu

Myślisz o czarterze jachtu na Mazurach we wrześniu? To bardzo dobry pomysł. Oto pięć powodów, dlaczego warto żeglować jachtem na Wielkich Jeziorach Mazurskich właśnie w tym czasie.

Pierwszy powód dlaczego hasło „czarter jachtu wrzesień” ma ręce i nogi, to pustki. W tym czasie na Mazurach jest zdecydowanie mniej amatorów czarteru niż w szczycie sezonu pod koniec lipca i na początku sierpnia. W marinach jest więcej miejsca, a stanie na dziko, może być się odbyć faktycznie z dala od innych żeglarzy. I wcale nie trzeba spływać szybciej, żeby zarezerwować sobie wymarzony cypelek. Pływanie do samego wieczora i znalezienie świetnego miejsca noclegowego jest we wrześniu na porządku dziennym.

Twister800N

Drugi powód dlaczego bardzo poważnie warto brać pod uwagę czarter na Mazurach we wrześniu to cena. W porównaniu ze szczytem sezonu dziewiąty miesiąc roku jest tani – to po prostu czas okazji! O ile w sezonie czarter jachtu typu Antila 27 czy Twister 800N to koszt ponad 300 zł za dobę, to we wrześniu ceny radykalnie spadają i znalezienie łódki za 200 zł za dobę jest jak najbardziej realne. A przecież oczywistym jest, że nie samym chlebem żeglarz żyje i dodatkowe monety w kieszeni można wydać na tak istotne rzeczy jak kiełbasa, bigos, wędzonka rybka czy piwo.

Trzecia przyczyna dla której warto skusić się na czarter jachtu na Mazurach we wrześniu to wiatr. W tym czasie szansa na to, że nasz jacht będzie często w przechyle, a flauta i tafla jeziora płaska niczym szkło okaże się tylko sennym koszmarem, jest naprawdę duża. I choć temperatury są wtedy zazwyczaj niższe niż w szczycie sezonu, to biorąc pod uwagę tegoroczny deszczowy „lipcopad”, i to że sierpień też jak na razie nie jest rewelacyjny, to radość żeglowania może być nawet większa niż latem.

Czwarty argument przemawiający za tym, że czarter jachtów na Mazurach we wrześniu to pomysł godny Alberta Einsteina albo co najmniej regionalnego (oczywiście mazurskiego) mistrza szachowego, to wydłużenie sezonu. Pływając we wrześniu, do otwarcia kolejnego sezonu w maju zostanie Wam nieco więcej niż pół roku. A udając się na rejs w lipcu, czy nawet czerwcu do kolejnej żeglarskiej przygody zostanie praktycznie rok! Rok bez słuchania jak kausze walą o maszt, bez łopotu żagla nad głową i dreszczyku emocji towarzyszącego płynięciu bajdewindem przy czwóreczce. To brzmi strasznie.

I jak to mawiają nasi bracia Wyspiarze za kanałem La Manche, last but not least, piątym powodem by skusić się na czarter jachtów we wrześniu na Mazurach jest… jesień. Pamiętajcie, że już wkrótce dopadnie nas zimowa deprecha, plucha na ulicach i całkowity brak słońca. Ranne wstanie z łóżka będzie porównywalne do wejścia na Mount Everest. By przygotować się na ta jakże nieodległe i nieodłączne naszemu życiu wydarzenie jest jeden sposób! Czarter jachtu w złotą polską jesień.

Skontakuj się z nami i sprawdź dostępne terminy czarteru.