Jezioro Nidzkie – piękny akwen dla żeglarzy na południe od miejscowości Ruciane – Nida

Choć zdecydowana większość naszych klientów bierze jacht w czarter i rusza z portu u Faryja w Rucianem Nida na północ przez śluzę Guzianka i dalej na jezioro Bełdany, to na rejs dwu – czy trzydniowy warto się także wybrać na Jezioro Nidzkie. Tak zrobiliśmy w połowie kwietnia.

Z Portu u Faryja

By tam się dostać trzeba położyć maszt tuż po wyjściu z portu u Faryja, przepłynąć liczący niecałe 200 metrów kanał Nidzki, ominąć sieci tuż po wyjściu z kanału i ruszyć dalej. Wypłynęliśmy z portu około godz. 14, wiało bardzo delikatnie, ale w miarę korzystnie. Na co jak zwykle byliśmy wyczuleni to mielizny, bo generalnie jezioro Nidzkie z nich słynie. Całe szczęście są one zazwyczaj piaszczyste, tak więc nawet jak się w nie wpłynie, to nie oznacza to poważniejszych kłopotów. Przynajmniej zazwyczaj. Pierwsza bardziej znana jest na wysokości pomostu, gdzie na dachu jest duży napis „obiady i piwo”. Czy jakoś tak.

Antila 27 na żaglach

Niedługo po wypłynięciu na szersze wody lewą stroną mijamy wyspy. Generalnie można je mijać każdą stroną i każdą da się przepłynąć (nawet stosunkowo wąskim przesmykiem między dwoma wyspami położonymi najbardziej po prawej, czyli zachodniej stronie). Na wschodnim brzegu ostały się jeszcze chaty zupełnie nieturystyczne, mijamy linię wysokiego napięcia co oznacza, że wpływamy w strefę zakazu pływania na silniku. Nas to nie dotyczy, bo i tuż po wyjściu z kanału oczywiście postawiliśmy żagle, IMG_8186[1]a nasza Antila 27 – Papaja napędzana wiatrem radzi sobie znakomicie.

Jezioro Nidzkie – zatoka Zamordeje

Mijamy znakomitą przystań Pod Dębem (polecamy wszelkiej maści ryby w restauracji), niedaleko dalej leśniczówkę Pranie, gdzie latem można posłuchać poezji śpiewanej, i wreszcie jeden z trzech jachtów, które zobaczyliśmy w czasie tej wyprawy. Tego dnia dopływamy do zatoki Zamordeje. Jako że wiatr siadał i zaczęło się robić ciemno, to stanęliśmy na kotwicy jakieś 15 – 20 metrów od brzegu. Wszelkim żeglarzom mazurskim polecamy co jakiś czas taki nocleg – naprawdę ma to swój urok i klimat.

Następnego dnia eksplorujemy dalej zatokę Zamordeje – płyniemy w tej kiszce do samiutkiego końca, tam się robi bagienko i zawracamy. Do głównej części jezioro płyniemy po południowej stronie wyspy – tu przesmyk między trzcinami ma może 10 – 15 metrów szerokości, ale akurat wiatr nam sprzyja :). Wypływamy więc na główną zatokę jeziora Nidzkiego, Antila 27 sprawuje się zacnie, z daleka widzimy miejscowości Krzyże i Karwica no i ruszamy dalej na południowy – wschód. Cel: miejscowość Jaśkowo – dalej się nie da.

Jezioro Nidzkie – Jaśkowo

Pierwszy problem to wąski, zygzakowaty przesmyk jakby od razu na końcu tej dużej zatoki. Trochę halsówki i dajemy radę. Potem tradycyjnie mijamy tam statek rybaków, którzy sieci rozstawili chyba na całej szerokości jezioro – ale na szczęście są one na tyle głęboko, że żeglugi nie komplikują. W każdym razie zalecamy tu czujność. Kormorany w zatoce ZamordejeŁajby zakotwiczone na środku jeziora, rybaków ani widu, ani słychu, ale za to liczba czapli, kormoranów i wszelkiego innego ptactwa, które zobaczyliśmy  była na pewno rekordowa.
Po jakimś czasie kolejny wąski przesmyk (za nami ciągną się bąble, bo zaczyna się bardzo muliste dno) i wreszcie zatoka, przemierzenie której momentami wymaga zatykania nosa. Muł tak „bąbluje”, że przypomina to skrzyżowanie zapachu gnojówki z termami w basenie. W każdym bądź razie płyniemy z mieczem opuszczonym tylko w połowie, wreszcie widzimy Jaśkowo, honorowa runda przy plaży, zerknięcie na ujście rzeki Wiartelnica i wracamy. Na szczęście Neptun sprzyja i przez kolejne 90 minut wieje jakieś 2 – 3 w skali Beauforta, tak więc zamulony akwen przechodzimy bez problemów. Ale łatwo sobie wyobrazić, że jak wieje mało, to tam się stoi zupełnie. Bo nawet na przyzwoitym wietrze płynęliśmy wolno, tak jak byśmy mieli jakąś dryfkotwę.
plaża w Jaśkowie

Znów mijamy zakotwiczone łajby rybaków i wypływamy na główny akwen. To już wieje przyjemniutko, tak więc zmierzamy na północ i stajemy na biwaku już po minięciu zatoki Zamordeje. Choć powoli szarzeje to ruszamy jeszcze na spacer po przepięknej Puszczy Piskiej. Parafrazując kultową kwestię Laski z filmu „Chłopaki nie płaczą”, grzybów nie ma, ale też jest… fajnie :).

Antila 27 na pagaju

Mniej fajnie jest następnego dnia. O ile sobotę, całą spędziliśmy w krótkich spodenkach, to w niedzielę nie dość, że siąpi, a czasem wręcz pada, to co gorsza, nie wieje. A my w strefie zakazu używania silnika. No cóż, czekać nie ma na co, jakoś po godz. 10 ruszamy. Mija ledwo godzina i jesteśmy jakieś… 300 metrów dalej. Taa… Choć Antila 27 waży nieco ponad trzy tony, to pychem też można wiosłować. Powoli, bo powoli, ale idzie. Ścinamy nieco przez trzciny – wtedy faktycznie można się odpychać. Wreszcie jakoś koło południa zaczyna coś dmuchać. A nasza Antila 27 mimo, że swoje waży, to dzięki temu, że ma prawie 40 metrów kwadratowych żagla to nawet drobny podmuch rwie ją do przodu :). Mijamy Pod Dębem, linie i nawet dalej ciśniemy na żaglach, rzucamy je dopiero za wyspami, ponieważ wiatr słaby, a pada coraz mocniej.

Mimo to – pierwszy rejs tego roku zaliczony. Sezon 2016 uznajemy za otwarty! Jeśli jeszcze nie zaplanowałeś swoich mazurskich przygód w tym roku, to rezerwuj jacht już teraz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *