Sasanką do Szwecji

O tym jak się cumuje na skałach, przysposabia Sasankę do rejsu morskiego oraz płynie z prędkością pięciu węzłów praktycznie bez żagla opowiada znakomity żeglarz i jednocześnie szkutnik, który zbudował nasze Antile, Michał Kozłowski

Sasanką 660 do Szwecji – to brzmi dumnie. Jak przygotowaliście mazurski jachcik by sprostał wyzwaniom morskim?
Ten jacht budowałem dziewięć lat temu, a ówczesny klient, teraz mój kolega powiedział, że chce mieć jednostkę przygotowaną na morze. Tak więc Sasanka dostała stalówki „piątki” (normalnie na tej wielkości jachtach używa się „czwórek”) oraz dodatkową parę want, która przytrzymuje masz od strony dziobu. Z olinowania trzeba było jeszcze wymienić achtersztagi na takie bez talii, zakończone stalówkami. Jacht miał oczywiście dużo więcej elektroniki. Balastu troszeczkę więcej, a miecz zupełnie seryjny ważący 80 kg. Dołożyliśmy handrelingi i dłuższą płetwę sterową, po to by w większym przechyle łódka sama z siebie automatycznie nie ostrzyła. Zamiast silnika 4-konnego założyliśmy 6–konny. Oświetlenie sektorowe na topie, ale takie rozwiązanie mają też jachty na Mazurach. No i kuchenka na kardanie.

Skąd zaczęliście?
Łódkę z Jadwisina na Zalewie Zegrzyńskim zawieźliśmy do Kołobrzegu, gdzie w nowym porcie zbudowanym za 130 mln zł pół dnia czekaliśmy na dźwig. O trzeciej w nocy ruszyliśmy w stronę Bornholmu. Cichutko cała marina jeszcze spała. Na początku dziwnie się przestawić, o tej porze tylko kutry rybackie się kręciły.

Ile płynęliście?
15 godzin. 70 mil, akurat tego dnia słabo wiało, więc momentami odpaliliśmy silnik. Po dopłynięciu nawet specjalnie nie chciało nam się wychodzić do miasta, bo tam już byliśmy. Następnego dnia popłynęliśmy do Simrishamn. 4-6  Beauforta, było na bogato.

Jak przy takim wietrze zachowywała się Sasanka?
Na drugim refie przy baksztagu kiwa się jak kaczka. Wchodzi z jednego przechyłu w drugi. Trzeba się do tego przyzwyczaić. 15 czy 40 stopni nie gra większej roli. Na szczęście jesteśmy odporni na chorobę morską. Ale wszelkie chodzenie po jachcie z „ręką dla jachtu”. Zazwyczaj byliśmy wpięci szelkami w lifelinę przeciągniętą między koszem rufowym a dziobowym.

Szelki się przydały?
Nie, na szczęście nikt nie wypadł. Ale jakby ktoś jednak wypadł bez przypięcia to trudno by go było wyłowić. A jakby ktoś wypadł podczas snu drugiego, to wtedy nie ma już o czym gadać. W porcie Simrishamn nie spotkaliśmy już żadnych polskich jachtów. Później popłynęliśmy do Ahus, gdzie jest fabryka wódki Absolut, ale nie ma co więcej zwiedzać. Następnie przeskoczyliśmy na wyspę Hano. Jest naprawdę ładna i co ważne, ma dobrze osłonięty port. Tam spotkała nas śmieszna historia. Bosman, który przyszedł zebrać za port, wciskał nam kwitek – myśleliśmy, że to talon na śniadanie. Tak więc z rana ruszyliśmy do baru z myślą o posiłku, a to był talon na dwie kajzerki w sklepie obok. Ewidentnie była to zachęta do zrobienia tam większych zakupów.

Sztuka marketingu nie zna granic…
Najwyraźniej. Później popłynęliśmy na szkiery. Kolejne wyspy to Tarno i Arpo. Na tej drugiej siedzieliśmy półtora dnia bo mocno wiało. Już po wyjściu trafił nam się odcinek, na którym 4-5 wiało non stop. Robiliśmy 7 węzłów, a tam trzeba płynąć między skałami, dużo kardynałek, tak więc nie można sobie pozwolić na chwilę nieuwagi. Wreszcie dobiliśmy na skałę, wzięliśmy specjalne haki, które wbija się w kamienie trochę jak kotwicę w piach (nieco to przypomina kości do wspinaczki) i na tym cumowaliśmy. Hak na dziobie, kotwica na rufie z tyłu. Następnego dnia ruszyliśmy na Olandię, mieliśmy 50 mil przed sobą. Jednak wiatr się rozkręcał. Jeden ref, drugi ref, ale to i tak było za dużo. Zwinęliśmy grota. Płynąc na skrawku foka robiliśmy 5 węzłów. To był 13 sierpnia, wtedy na polskim wybrzeżu nawet morskie jachty sponiewierało, a my poczuliśmy, że nieco przesadzamy. W każdym razie dotarliśmy na miejsce bezpiecznie. Mieliśmy problem ze sterem, ale nam to zespawali za 100 zł z dostawą i odbiorem z portu, czyli pewnie ze dwa razy taniej niż w Mikołajkach.
W porcie zastała nas kolejna burza. I wtedy przestaliśmy myśleć o Gotlandii, bo uznaliśmy, że nie ma co kusić Neptuna. Wracaliśmy, ale wiatr mieliśmy cały czas w mordę. Halsóweczka przy 4-5 B przez 12 godzin może naprawdę zmęczyć.

Co dalej?
Dotarliśmy na wyspę Utklippan. Woda jak kryształ, foki obok jachtów, łódki między wyspami. Następnego dnia wyszliśmy dalej i… musieliśmy się wycofać. Fala była tak duża, że to było bez sensu, mimo niezbyt silnego wiatru. Po prosu silnik przyczepny przy takim kołysaniu nie pracuje dobrze.
Następnego dnia wreszcie dotarliśmy na Bornholm. Tu był szok, bo wśród jachtów gościnnych byli sami Polacy. Wyszliśmy z Nexo o 0130 w stronę Polski. Do Łeby w linii prostej jest 85 mil. O 1900 wieczorem byliśmy na miejscu. 4 B i półwiatr, trochę bujało, ale doszliśmy bez problemu. Dwa dni później byliśmy już na Helu. Dzienne przeloty po 40 – 50 mil przestały na nas robić wrażenie.
Ale jak by nam w połowie drogi coś się stało, to mamy tylko kapoki. Jeśli łódź się wywali UKFki nie użyjesz, w ciągu dnia raca nie pomoże. Dużego zapasu bezpieczeństwa nie mieliśmy. Jacht wyjęliśmy z wody w Górkach Zachodnich.

Co byś poprawił w tej Sasance przed następnym rejsem morskim?
Szczerze? Chyba zamienił na trochę większy jacht. Może choć Antilę 27

Jeden Komentarz do artykułu “Sasanką do Szwecji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *